Antarktyda – wyspa Cuverville

14 stycznia

Wstajemy wcześnie rano, o ósmej śniadanie i o dziewiątej ruszamy zdobyć wzgórze, z którego roztaczają się przepiękne widoki na zatokę. W nocy wstałem na wschód, ale niebo nadal było zachmurzone, bez możliwości przebicia się słońca. Wszystko było płaskie. Szkoda, bo na razie nie było żadnych fajerwerków o wschodzi na które tak liczyłem.

Na naszą wycieczkę zabieramy rakiety śnieżne, które mają ułatwić nam poruszanie się po śniegu, dopóki nie będzie zbyt stromo. Wzgórze do niskich nie należy, więc będzie trochę sapania po drodze. No i cała jest w śniegu. Mam nadzieję, że rakiety pozwolę uniknąć częstego zapadania się.

Na brzegu witają nas pingwiny, które wszędzie na skałach wolnych od śniegu mają swoje gniazda. Młode są jeszcze bardzo małe – o wiele mniejsze niż na Hannah Point. Lądujemy – zakładam rakiety i powoli zaczynam wspinaczkę po zmrożonym śniegu. Idziemy śladami pingwinów, bo to trochę ułatwia sprawę. Idzie się coraz trudniej, bo stok jest coraz bardziej nachylony pod kątem. Zaczynają otwierać się widoki na całą zatokę. Dookoła górują wysokie szczyty, wszędzie wiszą seraki i języki lodu schodzące z lodowców. Niebieski i biały to dominujący kolor. Jest naprawdę ślicznie i całkiem ciepło. Na jednych ze skał ustawiam kamerę Gopro z widokiem na część zatoki. Niestety nie ma jakichś widocznych chmur, stąd timelapsy nie będą wykazywały ruchu. Jedynie dingy z nieodległego statku turystycznego zapewnią może jakiś niewielki ruch na zdjęciach. Sam lód też nie jest jakiś ruchliwy w tym miejscu. Mam nadzieję, że tym razem żadna skua nie zainteresuje się moją kamerą.

Idę dalej, jestem coraz wyżej i widoki coraz bardziej przejmujące. Dookoła cisza i spokój. Słychać tylko skrzypienie śniegu. Zdejmuję rakiety, bo jest bardziej stromo i pod kątem. Nie da się bezpiecznie iść, a nie chciałbym się zsunąć. Wreszcie docieram do płaskiego plateau i jako drugi po Laurencie docieram na sam szczyt. Widoki są oczywiście oszałamiające. Nie dziwi zatem “popularność” tego miejsca. Wszędzie dookoła nas rozpościerają się góry. Dominuje szczyt Chair Peak wysoki na ponad 1100 metrów na wyspie Ronge. Jest tez polski akcent – przed nami w całej okazałości widoczny jest Półwysep arctowskiego z licznymi lodowcami i szczytami. To już część kontynentalnej Antarktydy. Żadna tam wyspa. Po prostu kontynent.

Po chwili docierają Magne, Salome i Marnie. Reszta ekipy zostaje na dole.  Cieszymy się widokami, robimy trochę głupawych zdjęć i schodzimy na dół. Zabieram swoją kamerę Gopro, fotografuję po drodze pingwiny i w końcu docieram na sam dół.

Henk w międzyczasie napełniał butle z wodą i przewoził na jacht. To oznacza, że dzisiaj będziemy mogli wziąć prysznic, będziemy mieli bowiem więcej wody do użycia. Cieszę się z tego niezmiernie, bo brak prysznica zaczyna mi już doskwierać. Po powrocie na jacht zapada decyzja, że się kąpiemy w morzu. To znaczy kto chce. Idą Laurent., Phillip, Magne oraz Jimi jako osoba towarzysząca :-). Ja postanawiam trochę nurkować w krystalicznie czystych wodach zatoki. Ubieram się w swój suchy kombinezon, przygotowuję GoPro do nurkowania. Henk daje mi żółte płetwy. Wiem, że w wodzie będzie bardzo zimno, ale chcę spróbować. Nie chodzi nawet o zdjęcia, ale o możliwość pływania w oceanie pośród lodu.

Pod kombinezon ubieram jeszcze termoaktywną koszulkę i cienki polar. Na nogi grube skarpety. Wszystko to po to, aby utrzymać ciepło w wodzie. Woda ma temperaturę bliską zeru stopni. Jeżeli człowiek wpadnie do takiej wody, to po kilku, góra kilkunastu minutach zaczyna się hipotermia. I śmierć. Suchy kombinezon, który założyłem pozwala wytrzymać w takiej wodzie do jednej godziny. Co nie oznacza oczywiście, że przez ten czas będzie cieplutko. Nie, to oznacza, że nie stracę zbyt dużo ciepła.

Dodatkowym czynnikiem, które zwiększają mój strach są lamparty morskie. Co prawda co do zasady nie atakują ludzi, ale są bardzo ciekawskie. Widziałem jednego niedaleko nas i myśl, że mogę się z takim spotkać trochę mnie denerwuje.

Wskakuje z jachtu do wody i oto jestem. Jest zimno, od razu to czuję. Czuję też olbrzymią głębię pod swoimi nogami. Woda pod spodem jest wręcz czarna i nie widzę dna. Do brzegu mam kawałek, podczas gdy chłopaki w dingy płyną na plażę. Trochę się boję. Jakby nie było, to całkowicie obce dla mnie środowisko z czyhającymi lampartami morskimi. Zresztą, żeby mnie wystraszyć, to wystarczyłaby foka, a nawet pingwin. Zaczynam płynąć w stronę brzegu robiąc zdjęcia górom lodowym. Staram się podpływać jak najbliżej, aby mieć lepsze spojrzenia. Niestety nie widzę co fotografuję i to jest niedoskonałość tej obudowy GoPro. Jest to jednak kompromis pomiędzy profesjonalną obudową za kilka tysięcy dolarów a jej całkowitym brakiem.

Kombinezon nie cieknie. Bardzo dobrze trzyma. O dziwo, w dłonie nie jest mi zimno, ani w głowę i to pomimo tego, że mam tylko neopren, a nie suchy kombinezon. Za to stopy zaczynają mi marznąć, dodatkowo uciskane płetwami. Bez płetw jednak nie miałbym szans na przepłynięcie tego dystansu. Docieram do brzegu. Moje Gopro przestaje działać, więc muszę je wyciągnąć z obudowy i zresetować baterię. Udaje się i po chwili znowu zanurzam się w wodzie i fotografuję. Czasami po prostu unoszę się na fali, od czasu do czasu potrącany przez kawałki lodu. Niesamowite uczucie, ale też zimno wkrada się coraz mocniej w najdalsze zakątki mojego ciała.

Chłopaki tymczasem znajdują odpowiednie miejsce na kąpiel i powoli, jeden po drugim zaczynają wskakiwać do wody. Robię im zdjęcia. Wytrzymują jedynie kilka sekund w zimnej wodzie. Ale są dzielni. Pozują potem na golasa w samych kąpielówkach, na małej górze lodowej leżącej na plaży. Pływam jeszcze chwilę i nurkuję, po czym postanawiam już wyjść. Nie czuję bowiem stóp i nie uśmiecha mi się płynąć z powrotem do jachtu. Droga wydaje mi się bowiem strasznie długa. Przypływa po nas Henk pontonem. Docieram do jachtu,  zrzucam kombinezon i zaczynam się cały trząść. Dosłownie. Po prostu cały się trzęsę. Na szczęście pod kombinezonem jestem cały suchy. Wrzucam na siebie dodatkowy polar i spodnie. Gorąca kawa robi swoje, a później ciepła zupa na lunch. Ale przez ponad godzinę nie mogłem opanować drżenia rąk, nóg i całego ciała.

Po lunchu postanawiamy popływać trochę dingy po zatoce i fotografować z bliska góry lodowe. W pierwszym zespole oprócz Henka jestem ja, Phillip i Magne. Pływamy od góry do góry i wybieramy co lepsze kadry. Jedna z olbrzymich gór lodowych jest niesamowita – ma w środku niewielką zatoczkę. Oczywiście wpływamy w nią na naszym pontonie. Nie omieszkam wysiąść z dingy i pospacerować po górze lodowej. Lód wygląda jakby był wyżłobiony łyżeczką. Cal po calu. Jest ślisko i mam problemy z chodzeniem, ale jakoś daje radę. Chłopaki wpływają później do zatoki i przypływają po mnie.

Kiedy wracam, Henk bardzo mocno przyśpiesza. Naprawdę jedziemy bardzo szybko. Siedzę na przedzie dingy i wszystko filmuję. Nagle robimy lekki ślizg i z całą prędkością wpadamy na niewielką górę lodową. W momencie, w którym zauważyłem tą górę, wiedziałem, że coś się złego stanie. Ale to była sekunda. Siła uderzenia jest tak wielka, że wyrzuca mnie z łodzi. Byłem na przedzie, więc przyjmuję największą siłę uderzenia. Zaraz za mną leci Phillip. Zanurzam się cały pod wodę, a zodiak mnie wciska pod wodę. Uderzam głową w dno. Jakoś udaje mi się wydostać nad wodę unosząc w górę aparat. Ale i tak poszedł cały pod wodę. Podczas gdy Henk i Magne wyciągają Phillipa, ja łapię się lin dingy i wrzucam aparat do środka. Jestem cały mokry. Po chwili Magne pomaga mi się dostać do środka dingy. Jestem w lekkim szoku. Wszystko stało się tak szybko. Najważniejsze to aparat, ale nie mam złudzeń. Wyciągam baterie i kartę, otwieram obiektyw. W środku wygląda wszystko na suche. Na razie nie włączam aparatu – mam nadzieję, że wyjdzie z tego. Ale coś mi podpowiada, że nie ma jednak takiej opcji. Jestem szczęśliwy, że nie uderzyłem głową w tą górę lodową. Serce cały czas pompuje adrenalinę. Po chwili, kiedy czuję, że żyję, wkurzam się na Henka za taką jazdę i stratę aparatu i obiektywu. I to w połowie wyprawy. Dobrze chociaż, że to był Canon 5d mark III, a nie IV. Wracamy na jacht. Wyglądamy jak mokre kury i już z daleka załoga widzi, że coś jest nie tak. Laurent nie może w to uwierzyć, ale nie widzę, aby robiło to na nim jakieś większe wrażenie. W ogóle nie przejmuje się do końca swoją rolą lidera ekspedycji.

Gramolę się na jacht. Cały mokry. Ludzie nie mogą uwierzyć w to co się stało. Trzymam nerwy na wodzy. Henk nie mówi nawet przepraszam. Nie jest tym jakoś specjalnie przejęty. Przebieram się – mam tylko parę spodni i cienką bluzę – wszystko inne mam mokre łącznie z puchówką. Jest mi zimno i opadają mi nerwy. Zajmuję się aparatem starając się go ratować, szczególnie obiektyw. Jest tam jednak w środku woda, więc szanse są praktycznie zerowe. Poza tym co mi z tego przyjdzie, jak za kilka miesięcy i tak się cały skończy przeżarty rdzą. Klnę pod nosem strasznie. Dobrze, że mam drugi aparat, ale straciłem też średni obiektyw – mam tylko długi tele i widzę wielką pustkę od 35 do 100 mm.

Ruszamy dalej. Wszystko wieszam, aby wyschło, ale na jachcie jest zimno i nie widzę większych szans, aby to szybko nastąpiło. Mam nadzieję, że Hank włączy chociaż ogrzewanie, ale i tak nie ma z tego zbyt dużo ciepła. Słońce też nie chce współpracować. Zgrywam wszystkie zdjęcia – na szczęście te z  zamoczonego karty przetrwały.

Rozpacz. To słowo ciśnie mi się na usta cały czas. Zalegam w kabinie. Nic mi się nie chcę.

Po drodze napotykamy na stado fok na krze. Dosyć często je widujemy, ale tym razem jest ich bardzo dużo. Salome schodzi do mnie do kajuty i zachęca do wyjścia. Słucham głosu rozsądku i resztę dnia spędzam na zewnątrz a aparatem.

Dzisiaj nie mamy daleko. Płyniemy do Paradise Bay. Mieliśmy być w głównym porcie, ale było ryzyko, że będzie tam tłoczno, więc przenieśliśmy się na nieco dalsze kotwicowisko, również koło tej wyspy. Jesteśmy otoczeni zwałami lodu i gór. Pięknie to wygląda. Niebo nadal jest zachmurzone, co nie wróży niczego dobrego na zachód słońca. Na razie nie jestem zadowolony jakoś szczególnie zdjęciowo – szału nie ma, ale zobaczyć to wszystko na własne oczy i poczuć jest warte tej ceny.

Podczas kolacji topór wisi nad całą grupą. Rozładowała go trochę Marnie  pytając się Henka , jak się czuł, gdy dwóch jego ludzi wypadło z dingy. Jakoś później udało się ten topór zakopać. Puściłem w kącie Gopro na pół godziny i trochę swojej muzyki. Spędziliśmy miło wieczór, ale Henk nie powiedział nadal ani słowa. W rozmowie z Phillipem powiedział, że ma ubezpieczenie, ale w żaden sposób nie odniósł się do naszych strat, ani nas nie uspokoił. Martwi mnie to trochę, bo to w końcu bardzo dużo pieniędzy.

Muszę teraz bardzo mocno uważać na sprzęt. Najgorsze jest to ciągłe przełączanie obiektywów, ale nie da się inaczej. Ciuchy nadal mokre, a zapowiada się zimna noc bez ogrzewania. Idziemy spać. Wypijam tutaj duże ilości wina. Czerwonego, białego – nie ma znaczenia, bo wszystko jest bardzo zimne. Salome karmi nas dobrze – śniadanie jest lekkie, lunch zawsze ciepły i pożywny i obfite kolacje.

Co za dzień. Idę spać.

 

Znajdź drogę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *