Antarktyda – w drogę!

2 stycznia 2017

Kiedy zamknąłem drzwi taxi poczułem wielki smutek. Cała masa myśli kłębią mi się w głowie. Głównie się oczywiście zamartwiam. Czy wszystko u Ani i chłopców dobrze się ułoży przez ten czas mojej nieobecności? Czy nie będzie problemów? Choćby takich jak pompa w piwnicy? Czym jest jednak pompa w aspekcie wyprawy na Antarktydę. Skutecznie jednak potrafi zaprzęgnąć myśli i na co dzień napsuć trochę krwi w domu. Będzie mi brakowało chłopców – ich zabaw, przekomarzania się i wielkiej ciekawości świata. Ale też i Ani z jej uśmiechem i cierpliwością. Już za nimi tęsknię, a dotarłem co opuściłem dom i wsiadłem do taksówki. Cóż, przyjdzie mi to jakoś przetrzymać – zostało 29 dni.

Antarktyda – zestaw podróżnika

Podróż do Warszawy minęła spokojnie. Jak można było przewidzieć pociąg 2 stycznia był prawie pusty. Co prawda jeden z pasażerów twierdził, że moje miejsce jest jego, ale bardzo szybko skapitulował. Okazało się, że kupił bilet na jutro.

W pociągu przetestowałem słuchawki, które otrzymałem od Gwiazdora na gwiazdkę. Audio-technica, model ATH-ANC90 – duże, nauszne, z aktywnym systemem redukcji szumów. Są trzy różne poziomy redukcji w zależności od tego gdzie się znajdujemy. W pociągu IC co do zasady jest cicho, więc jak włączyłem system redukcji szumów, to zostałem sam na sam z muzyką. Jak dla mnie grają rewelacyjnie.

W pociągu obejrzałem sobie pierwszy odcinek serialu. Przed wyjazdem kupiłem na Amazonie kilka seriali polecanych przez znajomych. Dostałem też pakiet od Mamy. Na początek wybrałem Fargo. Trafiłem nieźle, bo albo seks albo trup ściele się gęsto. Scena zabójstwa żony w Fargo była tak straszna i przyjmująca, że aż zamknąłem klapę laptopa.

Pociąg miał opóźnienie, ale nie jakieś długie. Ledwo się z niego wytarabaniłem z tą ciężką walizką i plecakiem. Czemu to wszystko musi tyle ważyć. Warszawa senna i pusta. Kropi deszcz i prószy śnieg. Nieliczni ludzie jeszcze żyją minionym rokiem.

Odprawa na lotnisku poszła szybciej niż sprint na 100 metrów w moim wydaniu. Lekki nadbagaż załatwiłem czarującym uśmiechem i życzeniami na Nowy Rok. Pani za ladą aż jęknęła, gdy zobaczyła mój ostateczny cel podróży – Ushuaia. Niestety okazało się, że będę się musiał ponownie odprawić w Buenos Aires i co najważniejsze odebrać bagaż i ponownie go nadać. Ale i tak dobrze, że nie muszę zmieniać lotniska. Przynajmniej nie w tą stronę.

Na lotnisku mnóstwo cudzoziemców. Idę na hamburgera do Sharka. Jedzenie na lotnisku w Warszawie jest niesamowicie drogie. Można zapłacić naprawdę kokosy za podstawowe danie. Choć i tak nic nie przebije ceny wody na lotnisku w Poznaniu. Hamburger mnie nie porwał. Po posiłku miałem jeszcze trochę czasu, więc piszę zaległe posty na stronę www.

Lot do Frankfurtu lekko się opóźnił, ale nie było żadnych większych problemów. Byłem tak zmęczony, że nawet nie dotrwałem do kołowania po pasie startowym. Od razu zasnąłem. Zaczęło schodzić napięcie z poprzednich dni. Człowiek sobie nawet nie wyobraża ile trzeba przygotowań przed taką wyprawą. Nie mówię tutaj o samej wyprawie, gdyż taką przygotowuje się nieraz rok i dłużej. Myślę bardziej o przygotowaniach w domu i w pracy.

W pracy to jakiś szalony czas był i do ostatniego dnia pobytu w Polsce wysyłałem dziesiątki meili. Musiałem wszystko dokładnie rozpisać, bo przecież kontakt ze mną będzie w zasadzie niemożliwy jak tylko wsiądę na jacht. Podobnie w domu. Zawsze zostawiam szczegółowe instrukcje. Do tego doszło jeszcze napisanie kilkunastu listów do chłopców, które miały być wysyłane co 2-3 dni z kancelarii. Zadbałem o to, aby w listach było mnóstwo informacji o Antarktydzie i o wyprawie. Dodatkowo musiałem wszystkich zapewniać i uspokajać. Że wrócę cały. Siebie też.

Obudziłem się dopiero gdzieś nad Niemcami. Uznałem że najwyższy czas przetestować moje słuchawki w samolocie. Włożyłem je na głowę i włączyłem mongolską muzykę. Była dobrze. Po chwili włączyłem odszumianie i czas stanął w miejscu. Odpłynąłem w inny świat dźwięków. Wycięła prawie cały samolotowy hałas. Dźwięk był czysty i klarowny, można było odpłynąć. Gwiazdor naprawdę się postarał.

Antarktyda – słuchawki

Lądowanie we Frankfurcie było jednym z łagodniejszych w moim życiu. Gratulacje do pilota.

Na lotnisku dostałem od Ani skan pisma od Prezesa Urzędu Lotnictwa cywilnego, że mój PLB został wpisany do ewidencji pokładowych i osobistych nadajników sygnału niebezpieczeństwa. Od razu mi lepiej i poczułem się bezpiecznie. teraz, jeśli zdarzy mi się (oby nie) uruchomić PLB, to przylecą po mnie amerykańskie marines czy też inna służba :-). O ile będą w pobliżu. Obawiam się trochę, że Prezes nie stanie na wysokości zadania bo całą procedurę rejestracji PLB rozpocząłem trochę późno, ale udało się. O PLB wkrótce napiszę trochę więcej. W skrócie – jest to nadajnik wyglądem przypominający kultową Nokię, który uruchamia się w przypadku niebezpieczeństwa. Sygnał jest namierzany przez satelity i wędruje do centrum pomocy. Tym różni się od SPOT-a, że jest oparty o państwowe jednostki ratownictwa i jest stosowany prawie na całym świecie.

We Frankfurcie musiałem zmienić terminal. Trochę to trwało, bo lotnisko jest bardzo duże. Musiałem jechać taką wewnętrzną kolejką. 13 kilogramów podręcznego bagażu nie pomagało. Wreszcie stanąłem przed kontrolą paszportową. Jeszcze tylko zdjęcie, skan paszportu i proszę – jestem na terminalu C. Na miejscu okazało się, że nie ma tutaj żadnych restauracji. Jest tylko snack bar. Chciałem zjeść kolację w jakimś porządnym miejscu, a nie to co serwuje Lufthansa na pokładzie samolotu. Musiałem się zatem cofnąć na inny terminal co zajęło sporo czasu. Przypomniał mi się mój bieg po lotnisku w Hongkongu. Ostatecznie cieszyłem się dobrze zrobionym hamburgerem i małym piwem z widokiem na stojąco samolotem w lokalnej restauracji na lotnisku. Później podróż powrotną do terminalu C.

Korzystając z lotniskowego WiFi zadzwoniłem do domu. Po chwili mogłem się już cieszyć videorozmową przez What’s upa. Dobrze było zobaczyć całą moją Rodzinę w komplecie. Niby jestem tak blisko nich, ale coraz dalej. Ciarki mnie przeszły , gdy zakończyłem rozmawiać.

W lotniskowym sklepie kupiłem sobie dodatkową parę okularów na wypadek gdybym stracił pierwszą parę. Jak to była w moim przypadku zakupy nie trwały długo. Kupuje impulsowo. Tak też było i tym razem i po chwili cieszyłem się już z klasycznych RayBanów.

Przy odprawie jeszcze sobie posiedziałem czekając na lot. Jeszcze dwie aspiryny przed odlotem i byłem gotowy do podróży. Aspiryna to ważna rzecz, korzystam z nich na długich lotach ponieważ obniża ciśnienie krwi i powoduje że lepiej się czuję i znoszą długie podróże. Boarding poszedł sprawnie. Miałem wykupione miejsce przy oknie z dużą ilością miejsca na nogi, ale nie przy toalecie. Dzięki temu mogłem się w całości wyciągnąć. Zwykłe miejsce przy tak długim locie to nic dobrego.

Koło mnie siedziała para staruszków, która także wybierała się na Antarktydę. Ale statkiem. Wyprawa jachtem zrobiła na nich wrażenie porozmawialiśmy trochę – takie small talk.

Antarktyda – odmrażanie skrzydeł

Odlot się opóźniał. Okazało się że jeden z pasażerów dostał silnych bólów głowy i postanowił z przyjaciółmi nie lecieć. To z kolei oznaczało konieczność wypakowania ich bagażu na wypadek, gdyby była w nich bomba. W międzyczasie zaczęły się problemy z lodem na skrzydłach samolotu. Pojawiły się specjalne wysięgniki, które polewały skrzydła specjalną substancją rozpuszczającą lód. Musiało to sporo kosztować. Wreszcie na 10 minut przed zamknięciem wieczornego okienka na loty udało nam się oderwać od ziemi. Ledwo bo ledwo, ale jakoś poszło. W pewnym momencie była duża utrata nośności, ale pilot dał radę i wzbiliśmy się ostatecznie w powietrze. Przed nami cały Atlantyk do pokonania, zmiana półkuli i pory roku. Polską zimę zamienię na antarktyczne lato. Ciekawe co będzie łagodniejsze?

Po osiągnięciu wysokości przelotowej obsługa rozpoczęła serwowanie późnej kolacji. Była gdzieś 1:00 w nocy. Odmówiłem, gdyż nie czułem się głodny. Poza tym nie przepadam za samolotowym jedzenie. Wybrałem sobie najnowszy film z Tomem Cruisem dla zabicia czasu. Nie chciało mi się jeszcze spać. Tytułu nie pamiętam, ale była to straszna szmira. Aktorzy grali jakby połknęli kije, postacie były tak płaskie, że aż oczy bolały. Ale wytrwałem do końca. Nigdy jednak więcej Toma Cruisa. Po filmie odpadłem w ramionach Morfeusza. Dzień był pełen wrażeń. Zaczęła się przygoda.

2 thoughts on “Antarktyda – w drogę!

  • 26 września 2017 at 03:44
    Permalink

    Zacząłem myśleć o wyprawie na Antarktydę. Dopiero odkryłem tego bloga i zaczynam czytać. Świetna sprawa. Podziwiam

    Reply
    • 1 października 2017 at 16:32
      Permalink

      Zapraszam. Wkrótce więcej informcjii, relacji i zdjęć!

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *