Antarktyda – ruszamy

5 stycznia

Budzę się wcześnie rano. Jest 6.00. Jestem bardzo podekscytowany. Dzisiaj zaczyna się prawdziwa przygoda. A jeszcze jest tyle rzeczy do zrobienia. Przede wszystkim muszę ogarnąć GoPro i zgrywanie zdjęć – coś znowu się zepsuło i po podłączeniu kamery do laptopa nie widać kamery, a jak ją widać, to nie zgrywa zdjęć. Koszmar. Kilkadziesiąt minut zajmuje mi naprawa tego problemu. Ale w końcu wszystko działa.

Później następuje pakowanie. Wszystkie rzeczy, które biorę ze sobą na jacht lądują w worku żeglarskim. Takim nieprzemakalnym, który mogę nawet wrzucić do wody i nic nie stanie się ze sprzętem. Ma mi również służyć jako torba do przewozu sprzętu foto na brzeg. Na Zodiaku może być bowiem różnie i nie chciałbym, aby cały mój plecak foto wpadł do wody i zatonął. Kupiłem zatem torbę, która ma temu przeciwdziałać. Po wielu godzinach spędzonych w sieci mój wybór padł na Sealline Boundary Pack 115 l. Jest sztywna, pojemna, ma dużą wyporność i bardzo dobrze się zamyka. Wody nie puszcza.

W jej wnętrzu znika prawie wszystko. Łącznie ze statywem. I nagle główna walizka robi się pusta i leciutka. Zostanie w mieście pod opieką żony Henka – naszego skippera.

Idę na śniadanie. Nie zachwyca tak jak dzień wcześniej, ale co zrobić.

O 10:00 zdaje pokój. Płacę 300 $ za te dwie noce. Dużo jak na trzygwiazdkowy hotel, ale co robić. Hotel jest pełen, podobnie jak wszystkie inne w mieście. Rano jakaś para próbowała zarezerwować pokój na jedną noc, ale bez szans.

Zostaje jeszcze w hotelu, gdyż do spotkania mam jeszcze 2 godziny. Nie mogę być wcześniej, Henk jeszcze uzupełnia zapasy na jachcie i nie chce abyśmy kręcili się mu koło nóg. Laurent był bardzo kategoryczny i usilnie nas namawiał na punktualność. Ten wolny czas spędzam na załatwianiu ostatnich osobistych spraw, publikuję na FB, piszę posty na stronę. Rozmawiam z Anią przez WhatsAppa – jakże miło słyszeć jej głos. To już ostatnie połączenie przed wyprawą.

Wreszcie przychodzi ta chwila. Zamawiam taxi. Właściciel hotelu słysząc, że płynę na Antarktydę jachtem oferuje mi pamiętnik. Takie do wypełniania. Ze zdjęciami zwierząt i informacjami o kontynencie i historii jego odkryć. Bardzo to miłe z jego strony, naprawdę. Mamy zatem pierwszy prezent dla Adasia, bo oczywiście pamiętnik będę pisał, ale w swoim czarnym Moleskinie – nieodzwonym towarzyszu każdej mojej wyprawy.

Taxi zabiera mnie do portu jachtowego. Spotykam się tam z dziewczynami i z Philippem. Po chwili pojawia się reszta naszej załogi. Czekamy na sygnał, że możemy się zaokrętować. Tymczasem podziwiam widoki. Nad miastem górują ośnieżone szczyty – stąd widać je jeszcze lepiej niż z hotelu. Od czasu do czasu pojawia się nawet słońce, a gdzieś niedaleko jest nawet niebieskie niebo. Doskonała pogoda, aby ruszyć w trasę. Szczególnie, że przez ostatnie 2 tygodnie – jak mówi żona Henka w zasadzie padało i słońce nie wychylało się zza szarych, deszczowych chmur. Oczywiście robię kilka zdjęć – bardziej dokumentacyjnie, niż artystycznie. Jest płasko.

W końcu idziemy na jacht. Każdy niesie swoje toboły. Aż trudno uwierzyć, że to wszystko pomieścimy. Jach, o wdzięcznej nazwie Sarah W. Voewerk nie jest najpiękniejszą jednostką jaką widziałem w życiu, ale widać że jest bardzo stabilna. Widać też, że ma mocne obciążenie. To oznacza jedno – jest załadowana maksymalnie. W końcu musimy zabrać zapasy na prawie miesiąc, a pewnie i na dłużej bo trzeba założyć różne sytuacje.

Poznaję naszego skippera – Henka. Widać, że to człowiek morza. Niski, krępy, w rękach ma siłę. No i ta twarz ogorzała od wiatru i słonej wody. Czuję się od razu bardziej bezpiecznie. Poznaję też Salome – nasza coskipper, która będzie wspierała Henka w codziennych obowiązkach na jachcie. Będzie też naszym kucharzem. Młoda dziewczyna z kanady, ale na swoim koncie ma już wiele ciekawych wypraw. Trwają ostatnie przygotowania do wypłynięcia. Jak się okazuje, jest jeszcze mnóstwo do zrobienia i nasze wypłynięcie się na pewno opóźni.

Dostajemy swój przydział koi. Na jachcie są cztery niewielkie, dwuosobowe kajuty, messa, centrum łączności i dowodzenia z dodatkową koją, łazienka z wanną (sic!) i trochę miejsca na ładunek. Mnóstwo przestrzeni kryje się pod pokładem, tam gdzie jest silnik. No i jest cała masa różnych schowków, o istnieniu których będziemy się dowiadywali w nadchodzących dniach. Na pokładzie leży nasz Zodiak – mały ponton z silnikiem. Gdzieś tam w czeluściach jest jeszcze ukryty kolejny, nieco mniejszy. Na wszelki wypadek. Do tego tratwy ratunkowe, grill i mnóstwo lin.

Następne trzy tygodnie spędzę w kajucie z Philippem. Dostaliśmy najmniejsza i najwęższą kajutę, ale przynajmniej daleko od silnika i bliżej centrum. To ważne z punktu widzenia przechyłów- będzie trochę mniej bujało. Biorę koję na dole, Philipp na górze. Jest mały bulaj w burcie i drugi w pokładzie. Nie ma za dużo światła i musimy wspomagać się światłem elektrycznym. Światło zabiera Zodiak, który zasłania górny bulaj. Nawet przez chwilę nie myślałem, aby zabrać górną koję. Perspektywa schodzenia z niej przy ostrych przechyłach spędzała mi sen z oczu. Jak dobry i trafny był to wybór miały potwierdzić nadchodzące godziny.

Po zapoznaniu się z jachtem i wypiciu na przywitanie butelki czerwonego wina idziemy się odprawić. Oficjalnie musimy bowiem opuścić terytorium Argentyny. Jak to na granicy. Musimy przejść większą część wybrzeża. Jest całkiem ciepło, ale wokół nie ma pięknych widoków – prawie same doki, porzucone, dziurawe statki, kamieni kupa. Na szczęście załatwianie papierów trwa bardzo krótko. Wystarczyło złożyć własnoręczny podpis i tyle.

Po odprawie idziemy na lunch do pobliskiej chińskiej knajpki. Świadom, że za chwilę będę stał na chybotliwym pokładzie jem tylko lekkostrawne rzeczy. Prawie nikomu jedzenie nie w smak z tego samego powodu. A mam się czego obawiać, bo gdy tylko wszedłem na jacht i poczułem chybotanie się pokładu na spokojnych wodach portu, to od razu zakręciło mi się w głowie. Może być zatem bardzo różnie.

Po lunchu mamy jeszcze godzinę na załatwienie ostatnich zakupów. W zasadzie nic nie potrzebuję, postanawiam jednak kupić szampana. Wypijemy go jak przypłyniemy na Antarktydę i pokonamy cieśninę Drake’a Wchodzę z Magne do lokalnego supermarketu. Nie ma za dużego wyboru – biorę to co mają najlepsze. Spotykamy też Salome, która robi ostatnie zakupy – m.in. kupuje biało wino dla mnie – zgłosiłem bowiem zapotrzebowanie. Skoro bowiem mam pić zimne czerwone wino na Antarktydzie, to wolę pić białe, dobrze schłodzone. Przynajmniej zgodnie z zasadami :-). To bardzo miłe z jej strony, że o tym pamiętała. W supermarkecie schodzi nam trochę czasu. Jest tu bardzo dziwny system kolejkowy. Albo bierzesz pager, z którym możesz iść do kasy po przywołaniu, albo musisz stać w jednej kolejce bez pagera. Problem w tym, że nawet jak masz pager i widzisz wolne kasy z obsługą, to nic się nie dzieje – nie jesteś przywoływany. A jak naciśniesz pager, że skończyłeś już zakupy i chcesz iść do kasy, to dostajesz na pager informację, że pierwszy wolny kasjer będzie za 15 minut. A ty na nich patrzysz i widzisz, że nic nie robią, nikogo nie obsługują. Ludzie stoją posłusznie jak te cielaki. Tej jednej kolejce i powoli posuwamy się do przodu. Po zakupach mamy jeszcze małą kłótnię o wypożyczenie wózka, którym moglibyśmy przewieźć zakupy na jacht (jest naprawdę blisko). Udało się i po chwili toczymy się w kierunku portu i jachtu.

Dzwonię do domu. Miło słyszeć głos Ani i chłopaków. Szczególnie Adasia i Antka. Ten ostatni całuje w telefon chcąc mnie pocałować na pożegnanie. Słodkie to. Za chwilę będę od nich jeszcze dalej, co wcale nie jest dla mnie takie łatwe.

Na jachcie ostatnie przepakowywanie, układanie, wiązanie, itp. I … ruszamy. Na razie jeszcze na motorze, no ale w końcu wychodzimy z portu. Mamy do pokonania cały kanał Beagle. Dopiero po jego przepłynięciu ruszymy przez cieśninę Drake’a na Antarktydę. Dzisiaj jednak nie dotrzemy do cieśniny bo pogoda nie jest za dobra na oceanie. Strasznie wieje. Chcemy zatrzymać się w ¾ kanału beagle, przenocować i rano zdecydować co robimy dalej. A myślałem, że już dzisiejszej nocy poznam siłę oceanu!

Oczywiście podczas wychodzenia z portu wszyscy już mają aparaty w rękach i słychać trzask migawek. Ale spektakularnych widoków to nie ma. Światło jest bardzo płaskie i uzyskać z tego jakieś przyzwoite zdjęcia jest naprawdę ciężko. Nawet mój najnowszy Canon 5D mark IV i nówka nieśmigana 24-105/4 nie daje rady.

Po drodze zahaczamy jeszcze o skały i latarnię. Wylegują się tutaj foki. Setki fok. Towarzyszą im krzykliwe kormorany. Podpływamy naprawdę blisko – ale zwierzęta nic sobie z nas nie robią.

Mamy coraz bardziej słoneczną pogodę. Czuję się OK, jeszcze nie czuję zbyt mocno bujania pokładu. Pod pokładem jest jednak o wiele trudniej. Od razu ściska mi żołądek, więc siedzę sobie na pokładzie, podziwiam widoki, cieszą się towarzystwem i początkiem przygody. Płyniemy cały czas na silniku, gdyż wiatr nie jest sprzyjający, a czasami w ogólne nie wieje. Trochę szkoda, że tak późno wypłynęliśmy – straciliśmy większą część dnia, a jach mógł być gotowy wcześniej.

Idę się trochę przespać. To napięcie ostatnich dni daje mi się we znaki. Ruch jachtu miło kołysze mnie do snu.

Po kilku godzinach w kanale rzucamy kotwicę w małej zatoczce. Tutaj przenocujemy i rano zobaczymy co dalej. Jemy dobrą kolację i wypijamy wino. No i do koji – pierwsza noc na jachcie przed nami.

 
 

Znajdź drogę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *