Antarktyda – na kontynencie

13 stycznia

Budzę się o drugiej trzydzieści. Niebo jest zaczerwienione, ale jest tylko kilka drobnych chmurek. Zakładam, że wschód będzie szybki i nieciekawy. Byłem chyba zbyt mocno zmęczony i na głowę padło mi świeże powietrze. Zamknąłem oczy. Na szczęście Laurent czuwał i obudził mnie pół godziny później. Razem z Marnie możemy obserwować pięknie oświetlone góry na dalszym planie. Nie miałem czasu się ubrać, stoję zatem w piżamie i na boso w porannym zimnie. Ale warto, bo przed naszymi oczami rozgrywa się wspaniały, poranny spektakl. Nikt nie wstał poza nami. Scena była daleko, co wymusiło użycie długiego obiektywu. Szkoda, że słońce nie zagrało gdzieś blisko nas. Gdy spektakl się już kończy przychodzi Magne. Niestety za późno. Kto wcześnie wstaje …Jestem więcej niż zadowolony. Warto było wstać. Wczorajszy wieczór i dzisiejszy poranek, to kwintesencja pogoni za światłem. Coś, co tak lubię. A mam ochotę na o wiele więcej.

 

Po wschodzie kładę się jeszcze do łóżka, bo jestem naprawdę zmęczony. Jest mi też bardzo zimno. Nie dość, że trochę przemarzłem na pokładzie, to w nocy na jachcie nie ma żadnego ogrzewania. Silnik jest bowiem zimny. Do tego stoimy w zatoce otoczonej z trzech stron lodem co też zmniejsza temperaturę powietrza. Zresztą w ciągu dnia też wcale nie jest cieplej, a kaloryfery na jachcie są najczęściej zimne. W nocy często drżę z zimna i muszę poprawiać okrycie. A że mam kabinę z widokiem na wyjście, to w nocy bardzo szybko wdziera się chłód. Niestety nie mam swojego kosmicznego śpiwora – limity bagażowe nie pozwoliły mi go zabrać. Następnym razem lecę biznesem.

Po lekkim śniadaniu ruszamy dalej. Naszym celem jest Enterprise Island. To nie jest jakoś strasznie daleko. Od razu napotykamy na wieloryby – humbaki. Jest ich naprawdę dużo, polują w dwie albo trzy sztuki. Polują oczywiście na kryla. W tym celu nurkując w parach wyrzucają pod wodą mnóstwo powietrza. Pęcherzyki powietrza tworzą pułapkę na kryla i powoduje jego lokalne zagęszczenie. A wtedy wieloryb podpływa od dołu i otwiera swoją olbrzymią paszczę. Co wpadnie do środka to jego. Już na samym początku dały wspaniały występ, bo podpłynęły pod jachtem. Ależ było adrenaliny. Wychynęły tuż po drugiej stronie. Były tak blisko, że mój obiektyw nie obejmował ich w całości. Byłem cały mokry od wyrzucanej przez nie wody. Ale zobaczyć te chrapy z bliska to było naprawdę coś. Albo ten czarno-granatowy w słońcu grzbiet.  

 

Wpłynęliśmy do osłoniętej zatoki, w której leży wrak statku oraz drewniane łodzie. Wszystko bardzo dobrze zakonserwowane. O dziwo było tam bardzo tłoczno –  stało chyba z pięć jachtów. Po wykonaniu rundki postanowiliśmy popłynąć dalej, bo Henk nie lubi tłoku. Zaraz po tym znowu przywitały nas wieloryby. W coraz większej liczbie. Wyłączyliśmy motor i unosiliśmy się na wodzie w spokoju. Niesamowite doświadczenie tak płynąć unoszonym nurtem wody w otoczeniu wielorybów.

 

Płyniemy dalej. Nagle natrafiamy na barierę ciężkiego lodu. Henk zwalnia do minimum i zaczynamy lawirować pomiędzy górami lodowymi. Oczywiście od razu przychodzi mi do głowy wspięcie się na maszt jachtu i robienie zdjęć. Henk pomaga założyć mi uprząż i po chwili wdrapuję się na maszt. Idę do pierwszej belki, a po drodze muszę zmienić kierunek. Nie jest to łatwe i nie ma w co wpiąć uprzęży. Muszę cały czas pamiętać o bezpieczeństwie, bo upadek z tej wysokości mógłby być tragiczny. W końcu docieram do celu. Przypinam się dwoma klamrami do stopni i zaczynam robić zdjęcia. Perspektywa jest całkowicie inna niż z dołu, ale ręce z wysiłku mi bardzo drżą. Nie wyobrażam sobie wejść na sam szczyt, albo bez uprzęży, jak to robiono w dawnych czasach. Formalnie mam wymówkę – nie mogę iść dalej bo mogę uszkodzić radar, a tego byśmy nie chcieli. Siedzę, a raczej wiszę tam sobie jakiś czas i robię zdjęcia. Zaczynam odczuwać zmęczenie. Wreszcie jestem usatysfakcjonowany i zaczynam schodzić, co również nie jest takie lekkie jak się wydaje, szczególnie przy zmianie stron masztu. Cały czas wiszę na rekach, a jeszcze dynda mi aparat. Ale udaje mi się ostatecznie zejść. Ręce mi drżą jeszcze przez jakiś moment. Ale widoki były fantastyczne i było warto wejść na górę.

 

Płyniemy wśród lodu i gór lodowych szukając drogi. Od czasu do czasu na tafli leżą sobie foki wygrzewające się w słońcu i odpoczywające od trudów zdobywania pożywienia. Wspaniale to wszystko wygląda, szczególnie w otoczeniu gór lodowych, szczytów oraz lodu, którego podwodne części są bardzo dobrze widoczne. W końcu się przebijamy i wychodzimy na spokojne wody. Od razu pojawiają się wieloryby. Po chwili otaczają nas ze wszystkich stron. Naliczyłem ich około czterdziestu. Jest to niesamowite.

Nagle jeden z nich wyskoczył. Podobno tutaj zdarza się to bardzo rzadko, a Hank nigdy tego tutaj nie widział. Niestety AF w Canonie zawiódł i ustawił ostrość na dalszy plan. Ale co moje to widziałem (a raczej odwrotnie). Byłem w odpowiednim miejscu i czasie. Zabrakło mi trochę opanowania aparatu i szczęścia. Jak to wyglądało, można zobaczyć na poniższym zdjęciu. Było to niezwykłe przeżycie zobaczyć takiego wielkiego ssaka, który tak łagodnie wyskoczył w powietrze. Fale i rozprysk wody były ogromne. Wszyscy aż krzyknęli z wrażenia. Później kolejne wieloryby machały do nas swoimi płetwami, czasami nawet po dwa naraz. Zaczęły też nurkować i pokazywać swoje ogony, na które oczywiście zaczęliśmy polować. Nie jest jednak wcale łatwo zrobić dobre zdjęcie, na dobrym tle. Ustawiłem Canona na High Speed i zacząłem polowanie. Raz lepiej, raz gorzej mi to wychodziło.

Za to Phillip ma wspaniałe zdjęcie. Po prostu majestatyczne. To będzie zdjęcie wyprawy.

Gasimy motor i czas spędzamy na pokładzie w otoczeniu wielorybów. Jest cisza, słychać tylko sapanie i pomruki wielorybów. Jest to niesamowite uczucie. Czyste powiązanie z naturą. W pewnym momencie jedna para przepływa pod naszym jachtem. Liczę na to, że je zobaczę w wodzie, ale niestety nie udaje mi się. Widzę tylko wielkie bąble, którymi zapędzają kryl w swoje pułapki.

Salomy podaje lunch na pokładzie. Każdy siedzi sobie w wybranym miejscu i wsłuchuje się w ciszy w pomruki wielorybów. Niestety, żaden z nich już nie wyskoczył ponad powierzchnię wody. Zrobiłem dziesiątki zdjęć próbując zrobić to najlepsze.

 

Po lunchu ruszamy w dalszą drogę. Wypatruję co ciekawszych kadrów. Szczególnie ze zwierzętami na krach lodowych w ciekawym krajobrazie. Udało mi się nawet znaleźć lamparta morskiego, który wygrzewał się na krze, a także ślady jego niedawnej uczty.  Mnóstwo pingwinów podróżuje na krach lodowych. Pojawia się prawie całkowite zachmurzenie, ale chmury ładnie rozpraszają światło. Na horyzoncie chmury są wręcz fioletowe. Praktycznie nie schodzę z pokładu. Od czasu do czasu gdzieś przemknie wieloryb. Jest cisza (nie licząc odgłosów silnika).  W końcu docieramy do zatoczki, gdzie spędzimy noc. Jest to niewielka zatoka z dominującym pagórkiem, otoczona szczytami. Bardzo malownicze miejsce. Spotykamy tutaj rosyjski jacht, który widzieliśmy już wcześniej Jest bardzo spokojnie i mnóstwo gór lodowych. Wieczorem siadamy wszyscy do kolacji, a ja puszczam w tle Gopro na całe czterdzieści pięć minut. Zapewne wyjdzie zabawnie.

Znajdź drogę

One thought on “Antarktyda – na kontynencie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *