Antarktyda – kanał Beagle

6 stycznia

Noc jest bardzo spokojna. Jachtem łagodnie kołysze, co oczywiście sprzyja długiemu leniuchowaniu w koi. Śpi mi się bardzo dobrze. Rano okazuje się, że to miejsce w którym nocowaliśmy, to nie to miejsce do którego mieliśmy trafić. Płyniemy zatem po śniadaniu do Harberton, gdzie jest m.in. muzeum ze szkieletami mieszkańców oceanu. To nawet nie jest wioska. To bardziej osada z kilkoma domami i restauracją. Słońce nadal miło grzeje. Biorę statyw i prawie cały sprzęt. Drybag spisuje się świetnie – wszystko się w nim chowa, a później łatwo go można zrolować i przyczepić z boku plecaku fotograficznego. Czas już jednak pomyśleć o nieco większym plecaku, bo w moim wszystko się już nie mieści.

Sprawnie lądujemy na brzegu dwóch turach. Grupa szybko idzie do muzeum, które i tak jest zamknięte. Ja zaczynam się rozglądać i od razu znajduję różne tematy: kolorowe kwiaty, stare samochody z lat trzydziestych i tym podobne obiekty. Cieszę się samotnością.

Docieram po pewnym czasie do muzeum, ale jest jeszcze zamknięte. Grupa stoi i czeka i w końcu postanawia się przejść. Znowu wlokę się za nimi starając się złapać jakiś kadr, ale nie ma nic szczególnego. Miejscówki są naprawdę super, z odległymi górami i pojedynczymi drzewami, ale światło nie to. W końcu wracamy razem do muzeum. Podobno warto, ale okazuje się, że nie mamy… pieniędzy. W końcu na Antarktydzie nie będą nikomu potrzebne. W końcu wpuszczają nas za pół darmo, za tyle ile mamy.
Przy muzeum działa komórka, która zbiera martwe zwierzęta z okolicznych plaż i przywozi do muzeum. Następnie je czyszczą i składają szkielety. Nie wiedziałem, że najszybciej gniją te największe z powodu ciśnienia atmosferycznego. Po prostu ich własny ciężar je dusi. W wodzie nie mają z nim problemu, bo są tam bardzo lekkie.

Muzeum nie jest duże, ale ma mnóstwo ciekawych obiektów – głównie szkielety zwierząt.
Najbardziej zaciekawił mnie szkielet lamparta morskiego. Wygląda na olbrzymie zwierzę i ma w sobie jakiś taki prehistoryczny wygląd. Prawdziwa bestia. Aż trzęsę się na spotkanie z nim. To bardzo groźny przeciwnik. Perspektywa spotkania z lampartem w wodzie nie nastraja optymistycznie. Podobno to bardzo ciekawe zwierzęta i jak na razie miał miejsce tylko jeden wypadek śmiertelny z ich udziałem. Jak dla mnie jednak wystarczy.

Wychodzę po jakimś czasie z muzeum i dzwonię do Ani. Bardzo miło jest ją usłyszeć. Telefon satelitarny troszkę zniekształca głos i czasami śmiesznie się tego słucha. Martwię się trochę Adasiem i jego białą szkołą, ale mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Trzymam za to kciuki.

W muzeum oglądamy jeszcze miejsce, gdzie czyści się szkielety. Warunki doprawdy prymitywne, zapach nieszczególny. Ale efekty naprawdę warto zobaczyć w muzeum. Można tutaj dotrzeć samochodem z Ushuaia. To nie jest tak daleko.

Wracamy na jacht. Henk prosi Alomy, żeby przygotowała lekki lunch. Z naciskiem na lekki. Zapowiada się zatem jazda bez trzymanki, co nie wróży niczego dobrego. Jest zupa na bazie wczorajszej kury. Nie jem za dużo. Przygotowuje się mentalnie do wyjścia w morze. Henk wykorzystał nasz czas na brzegu do różnych prac na jachcie. Wszystko jest dobrze przymocowany i poustawiane.

Po lunchu ruszamy, będziemy wychodzili z kanału Beagle i się zobaczy, prognoza nie zapowiada jednak dobrych wiatrów, ani lekkich. Na razie nadal świeci słońce, siedzimy sobie na pokładzie, jemy krakersy i pijemy herbatę. Nikt się nie przejmuje tym, co się ma wydarzyć. Idziemy pod żaglami. Pojawia się coraz większe fale im bardziej jesteśmy bliżej wyjścia z kanału. Robię nawet bardzo fajne zdjęcia na ruszającej się łodzi. Bardzo fajnie wyszły, na długim czasie. Towarzyszą nam delfiny, które to płyną z nami wzdłuż jachtu, to przeskakują przed dziobem. Próbuję je uchwycić na aparacie, ale to nie jest takie proste. Trudno przewidzieć, gdzie się pojawią.

Magne wprawia się w prowadzenie jachtu. Atmosfera jest naprawdę fajna i luźna. Ja zaczynam bardziej skupiać się na sobie, gdyż horyzont coraz bardziej tańczy mi przed oczami. Zastanawiam się, czy na dole będzie lepiej. W końcu postanawiam zostać na górze nawet przez całą cieśninę. Tu przynajmniej będę miał dopływ świeżego powietrza. Tak sobie przynajmniej wmawiam. Niestety, wszystko się szybko kończy. Po pewnym czasie już nie mogę wytrzymać na pokładzie. Ląduję na dole, gdzie zaczyna się wymiotowanie. Brzuch targają potężne skurcze. Trwa to do końca dnia. Nie jestem jedyny. Czuję się paskudnie, a to dopiero początek.

Zaczynamy wychodzić z kanału Beagle i zaczyna się. Łodzią rzuca na lewo i prawo, zalewają nas fale. Chilijska straż ostrzega, aby nie wychodzić z kanału, ale wychodzimy bo nie mamy wyjścia. Poza tym Henk nie ufa Chilijczykom. Dociera to do mnie trochę w półśnie, bo jedyne co robię, to albo odwiedzam toaletę, albo leżę nieruchomo na pryczy. Minuty wloką się okrutnie, godziny to czysta katorga. Jestem wykończony. Dawno się tak źle nie czułem. Nie przyjmuję nawet wody, która notabene nie ma za dobrego smaku. Ludzie reagują podobnie. Toaleta jest okupowana. Nie ma mowy o oglądaniu filmów, które mam na dysku laptopa. Nawet słuchanie muzyki nasila moje złe samopoczucie, gdyż od razu przed oczami mam jakieś obrazy. Jest strasznie. Tak mija koniec dnia.

 

Znajdź drogę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *