Antarktyda – docieram do Ushuaia

3 stycznia

Obudziłem się gdzieś nad Ameryką Południową. Zostało nam jeszcze 3 godziny lotu. Większa część trasy już za nami. Dużo ludzi jeszcze spało, postanowiłem więc skorzystać z wolnej toalety. Mycie zębów i w ogóle mycie w niewielkiej toalecie na wysokości 10.000 metrów nie należy do najfajniejszych czynności, ale poczucie świeżości jest tego naprawdę warte. Kilkanaście minut po ablucji zaczął się rush hour i przed drzwiami toalet ciągle stała kolejka ludzi. Grunt to wstać o dobrej godzinie.

Pobudka

Śniadanie rozczarowało jak to w samolocie. Jak zobaczyłem jajecznicę z proszku to uznałem, że nie jestem aż taki głodny i zadowoliłem się się bułeczką. Do tego kawa przelewowa i kolejny odcinek Fargo na laptopie. Poczytałem trochę sobie o byłych republikach radzieckich na Kindlu i tak czas zleciał do lądowania. A to nie było tak łagodne jak we jak we Frankfurcie, no ale samolot też był o wiele większy. Na podejściu do lotniska w Buenos Aires widziałem z powietrza nieprzebrane ilości basenów. Były całe kwartały domów, gdzie prawie każdy miał basen, Było też widać dużo publicznych basenów – te różniły się wielkością. Kontrastowało to oczywiście z dzielnicami biedy, w których basenów prawie nie było.

Opuszczenie wielkiego Boeninga poszło nad wyraz sprawniej. O wiele szybciej niż w typowym samolocie latającym na krótkie dystanse po Europie. W sumie po 10 minutach od wylądowania byłem już na lotnisku. Niestety Lufthansa nie ma umowy partnerskiej z AirArgentina i bagaż musiałem odebrać, a następnie ponownie nadać na lot do Ushuaia. Totalny bezsens. Wcześniej jeszcze kontrola paszportowa i kolejne zdjęcie. Bardzo dbają tutaj o to, aby wiedzieć dokładnie kto odwiedza ich kraj. Pamiętam to jeszcze z poprzedniego przyjazdu do Patagonii. No i trochę papierkowej roboty. Oczekiwanie jednak, że będę pamiętał numer rejsu, którym przyleciałem jest trochę kuriozalne. Wszystko jednak poszło bardzo szybko (nie to co w UK na granicy) i po kilkunastu minutach byłem już przy taśmie bagażowej. Trochę się niepokoiłem, gdyż samolot z Frankfurtu miał opóźnienie o 40 minut, a do kolejnego lotu miałem niecałe 2h. A jeszcze trzeba zmienić terminal no i odebrać ten bagaż. O ile przyleciał. I jeszcze ponowny check-in.

Kiedy dotarłem do taśmy bagażowej ta już się kręciła, a otwory w ścianie wypluwały z siebie kolejne partie bagazy. Obsługa Lufthansy sprawnie wyłapywała ta z oznaczeniem HON. ich właściciele nie muszą czekać na bagaż przy taśmie tylko w salonie. Spore udogodnienie. Z drugiej strony HON oznacza, że dużą część życia spędziło się już w samolocie. Wolę stać przy taśmie.

Po 10 minutach nerwówki – przyleciał – nie przyleciał – bagaż wreszcie się pojawił. Bardzo mnie to ucieszyło. Zagubienie bagażu na tym etapie byłoby katastrofą. Plan czasowy jest bardzo napięty i nie mogę sobie pozwolić na opóźnienie. Ani na kolejny samolot, ani na mój jacht. No ale udało się. Obsługa lotniska we Frankfurcie stanęła na wysokości zadania.

Szczęśliwy wyszedłem z hali odlotów. Szybki rzut okiem na tablice odlotów i już wiem, że muszę iść na terminal C położony poza głównym budynkiem lotniska. Jakieś 8 minut drogi. Lotnisko wygląda tak samo jak w 2012 roku, kiedy przyleciałem tutaj z Adamem Ławnikiem na naszą patagońską wyprawę.

Kiedy tylko wyszedłem poza budynek uderzyło mnie ciepłe powietrze. Było 25 stopni Celsjusza. I to bynajmniej nie na minusie. Jakże odmienne warunki w porównaniu do tych, w których opuszczałem Poznań. Na szczęście wiał lekki wietrzyk i dało się jakoś wytrzymać. Cieszyłem się, że buty trekkingowe siedzą zapakowane w bagażu a ja jestem ubrany naprawdę lekko. Skombinowałem wózek bagażowy i raźnie pomaszerowałem do terminalu C. Wszystko wydawało się takie znajome. Nie ma to jak wracać w znane sobie miejsca, choćby przelotem czy przejazdem.

Zestaw podróżnika nr 2

Odprawa poszła sprawnie. Miałem jeszcze trochę czasu na lekkie śniadanie. Niestety na terminalu C nie ma za wiele miejsc, gdzie można zjeść. Postanowiłem zaszaleć – a co. na moim stoliku pojawiła się kawa, rogalik i butelka zimnego białego wina. No, buteleczka. Gdybym wypił butelkę, to miałbym problem z zachowaniem pionu przy wejściu do samolotu. Smakowało wybornie i zapłaciłem jedynie 10 USD.

Kiedy na tablicy pojawił się mój lot ustawiłem się posłusznie w kolejce. Do odprawy pozostało niewiele czasu, a ze względu na swój duży bagaż podręczny wolę nie wchodzić do samolotu jako ostatni. Stojąc przed bramką zostałem zagadnięty przez stojącego obok mnie mężczyznę z brodą. Nie, nie wyglądał jak muzułmanin. Na pytanie czy płynę może na Antarktydę z Laurentem odpowiedziałem w pierwszej chwili że “nie”. Wywołało to konsternację na twarzy mojego rozmówcy. Ale dosłownie po chwili “zajarzyłem” pytanie i zmieniłem odpowiedź na “tak”. Okazało się, że rozmawiam z Philippem – jednym z członków naszego rejsu. Niemcem mieszkającym obecnie w Chinach, również amatorem fotografii. Co za niespodzianka. Świat jest jednak mały. Porozmawialiśmy chwilę – taki początkowy small talk, ale już po chwili musieliśmy iść do samolotu. Spotkamy się w Ushuaia.

Samolot był pełny. Przeważali młodzi ludzie – zapewne z jakiejś wycieczki. Startując, na horyzoncie widać było potężną burzę i ciemne deszczowe chmury. Ciemny pas chmur był naprawdę gruby i całkiem blisko. Tuż po spokojnym starcie okazało się, że będziemy musieli przebić się przez te chmury. Jak na zawołanie zaczęły się bardzo silne turbulencje, a raz samolot zaliczył zjazd o jakieś 10-15 metrów. Młodzi ludzie strasznie krzyczeli. Był niesamowity rwetes, ktoś tam potrzebował pomocy. Na szczęście wszystko skończyło się stosunkowo szybko i po pewnym czasie lecieliśmy już ponad chmurami napawając się niebieskością nieba.

Przy przejściu nad liniami brzegowymi widoki były naprawdę ładne. Turkusowe wody, ostro odcinający się brzeg ze spękaną, brązową, żółtą lub czerwoną ziemią, białe fale przyboju i niebieskie niebo nad tym wszystkim. Piękne zestawienie.

Halo, ale ja lecę do Ushuaia!

W samolocie trochę poczytałem, pooglądałem pospałem i posłuchałem muzyki. W takiej właśnie kolejności. Lot do pierwszego postoju trwał ponad 2h dostaliśmy więc kawę i kanapkę. Wylądowaliśmy w … El Calafate. Bramie do argentyńskiej Patagonii nad którym góruje Fitz Roy. Przy podejściu do lądowania przed oczami stanęły mi wszystkie te widoki, które podziwiałem nie tak dawno temu podczas wyprawy do Patagonii. Turkusowe rzeki odcinały się od spieczonej ziemi. Ależ zestawienie kolorystyczne.

Postój trwał 20 minut – na zabranie nowych pasażerów. Samolot prawie opustoszał, aby ponownie się napełnić. Ruszyliśmy do Ushuaia. Tym razem jednak nie było już widoków. Dosyć szybko weszliśmy w chmury i pod nami płynęło niczym niezmącone mleko. Niebieska końcówka skrzydła majestatycznie odcinała się od czerni nieba. Znowu poczytałem, posłuchałem muzyki i pospałem. Taki rozkład czasu w samolocie.

Niebieskości

Podejście na lotnisko jest chyba jednym z tych trudniejszych. W pewnym momencie okazało się bowiem, że przecinamy linie brzegową, a nad nami piętrzą się wysokie i ostre granie gór. Przelatywaliśmy nad jakąś przełęczą. Oczywiście wszystko było prawie zasnute chmurami. Może to i dobrze. Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się nagle nad wodami kanały Beagle na prostej drodze do lotniska. Lądowanie było miękkie. Jako, że siedziałem na końcu samolotu, to trochę to trwało zanim wysiadłem z samolotu. Lotnisko jest bardzo małe (ale mają rękawy) i po chwili stałem już z Philippem czekając na bagaż w hali wypełnionej pasażerami. Teraz miało się okazać, czy wszystko idzie zgodnie z planem. Nerwowo było przez długą chwilę, nasze bagaże pojawiły się bowiem pod sam koniec, gdy hala już opustoszała. Odetchnąłem z ulga. Philipp również.

Wzięliśmy taxi do Ushuaia. Philipp miał lokalne peso, więc był tak miły i mi pożyczył na moją część podróży. Miasto okazało się całkiem sporo i pełne pagórków. Położone jest bowiem na stoku wysokich gór pokrytych lasem za wyjątkiem wystających wysoko ostrych grani. Mój hotel – Rosa de los Vientos był położony na jednej z głównych ulic pionowych, ostro pnących się pod górę. Wchodzenie tutaj nie będzie należało do przyjemnych, tym bardziej że chodniki wyglądały tutaj jak jedne wielkie schody( o ile były). To co od razu poczułem po wyjściu z lotniska to powietrze. Było nadzwyczaj rześkie i świeże, pomimo bliskości miasta. Aż się nim zachłysnąłem.

Widoki z podejścia do El Calafate

Philipp wysiadł przy swoim hotelu, a ja pojechałem dalej. Z wyglądu mój hotel wyglądał OK, recepcjonista również okazał się bardzo miły i pomocny i wniósł moją ciężką walizkę na drugie piętro. Pokój był całkiem spory, z dużym łóżkiem i łazienką. Dużo miejsca na rzeczy, obowiązkowe TV i całkiem dobrze zaopatrzony barek – dwa szampany, cztery butelki wina,piwo, woda. Żyć nie umierać :-). Czysto, choć całkiem chłodno. Za to z okna mogłem podziwiać nieodległe, pokryte śniegiem góry otaczające miasto. A mamy przecież lato w tej części świata. Na dworze jest jakieś 5-7 stopni.

Padam ze zmęczenia na łóżko. O dziwo nie jestem zmęczony fizycznie. To nerwy podróży dają się we znaki. Na szczęście teraz będą te nerwy ze mnie schodziły – aż do wejścia na pokład jachtu i podróżą w niewiadomą.

 

Można żyć

Zaproponowałem Philippowi wyjście na kolację. Dzisiaj poza śniadaniem podróżnika i kanapką w samolocie nic nie jadłem. Nie czuje jeszcze głodu, ale wiem, że ten się wkrótce pojawi. Umawiamy się na What’s upie na 19.00. Recepcjonista polecił mi dobrą knajpkę, całkiem niedaleko.

Mam jeszcze trochę czasu. Podłączam się do WiFi i telefon zaczynają atakować dziesiątki maili goniących mnie przez cały świat. W pewnym sensie jest to przygnębiające. Po podłączenie wszędzie i zawsze. Nie oszukujmy się – WiFi jest już jednostką chorobową zwaną uzależnieniem. Widzę, że wiele się dzieje w pracy, ale ja sam już się wyłączam. Widzę, że zespół dzielnie pracuje i to mnie uspokaja.

Telefon do domu i rozmowa z Anią i chłopakami bardzo mnie uspokaja. Strasznie za nimi już tęsknię.

Dla uczczenia tej części podróży wypijam sobie małe, zimne piwo. Nie jestem fanem tego trunku, ale tym razem, w takich okolicznościach, smakowało wybornie.

Biorę gorąca kąpiel – woda jest strasznie gorąca, kawa i jestem gotowy do wyjścia. Oczywiście pada i to całkiem mocno. Muszę się przyzwyczaić, bo deszcz to tutaj coś normalnego. To słońce jest raczej rzadkim gościem. Philippa spotykam tuż przed knajpką. Ta robi dobre wrażenie – jest dużo mieszkańców. Dostajemy menu ale wygląda na to, że podają tylko ciasta. Szybko wpadamy na to, że kolacja jest podawana dopiero od 20.00. Mamy jeszcze jakieś 45 minut. Zamawiamy więc … piwo i umilając sobie czas rozmową czekamy na otwarcie kuchni. Philipp jest CEO niemieckiej firmy w Chinach, której nazwy nie będę wymieniał :-). W każdym razie mam ich sprzęt w domu. O dziwo wcale nie rozmawiamy o fotografii, która na pewno nas łączy, tylko o bardziej przyziemnych sprawach. Jedzenie jest rzeczywiście smaczne. Po dwóch godzinach biesiadowania pora iść spać. Żegnamy się więc wiedząc, że jutro się znowu zobaczymy – tym razem ze wszystkimi załogantami. Tak jak przewidziałem – na podejściu do mojego hotelu tracę dech. Jest naprawdę pod górkę. Mnóstwo samochodów na ulicach, na pieszych nikt nie zważa. Trzeba bardzo uważać. Oglądam sobie jeszcze Fargo na dobranoc i idę spać. Sen przychodzi bardzo szybko.

Znajdź drogę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *