Antarktyda – Deception Island

11 stycznia

Rano budzę się przed wszystkimi i ustawiam kamerę Gopro na jachcie i puszczam time lapse. Bardzo fajnie to wychodzi. Nie ma prawie wcale wiatru, ale na filmie widać jednak jak jacht się rusza. Będę się starał robić to na każdym postoju i później to zmontować. Od dawna tak dobrze nie spałem, choć było mi trochę zimno. Mam dwa lekkie śpiwory i koc i chyba będę musiał się przeprosić z kocem :-).

Po lekkim śniadaniu ruszamy na trekking. Najpierw jeszcze obowiązkowa sesja z dwiema fokami na plaży, na której lądujemy. Są naprawdę słodkie i dają się bardzo blisko podejść. Lubię fotografować szczegóły – buzię, płetwy czy ogon. A im bliżej jestem, tym lepiej. Foki wydają przy tym niesamowite dźwięki. Całą symfonię. Ruszają przy tym śmiesznie ustami i w ogóle się nami nie przejmują.

 

Po fokach zaczynamy wchodzić na pobliskie wzgórze. Po piętnastu minutach mogę się rozkoszować widokiem na całą zatokę, jacht i okoliczne jeziorka. Woda przybiera fantastyczny, zielony kolor. Po zdobyciu wzgórza, każdy idzie swoim torem na kolejne. Idę jako pierwszy. Co chwilę zatrzymuję się, bo krajobraz jest naprawdę księżycowy. Widać, że w trakcie wiosny ilość topiącego się śniegu jest olbrzymia i woda potrafi wyrzeźbić potężne doliny. Ale wokół nie uświadczysz ani jednej rośliny. Wszystko jest jeszcze pokryte wulkanicznym pyłem po wybuchu krateru w latach siedemdziesiątych. Stąd też taki czarno – biały krajobraz. Po drodze zieleń zatoki jeszcze nabiera na sile. Pojawiają się również różnego rodzaju wzory i motywy.

Po zdobyciu kolejnego wzgórza znowu ustawiam kamerę Gopro, aby zrobić krótki timelapse. Po dłuższej chwili dociera Laurent., a później reszta towarzystwa. Z tej górki idę na kolejną. Jest już i wyżej i bardziej stromo. Aby sobie ułatwić zadanie, wyznaczam obozy jeden, dwa i trzy i po dwudziestu pięciu minutach zdobywam szczyt :-). Całe sto pięćdziesiąt metrów n.p.m. Dzwonię do Ani z wiadomością, że ją bardzo kocham. Miło słyszeć jej głos.

Ze szczytu widok jest przepiękny. Widać całą kalderę, zatokę z jachtem i wiele małych, zielonych zatoczek. Zaczyna wiać wiatr. Ustawiam kamerę Gopro i czekam na resztę załogi. Z góry wygląda to na “ciężką wspinaczkę”. Spotykamy się na górze w doskonałych humorach. Trochę rozmawiamy o niczym, jest dużo śmiechu i pozowania. Wracamy inną drogą, zatrzymując się przy zielonej zatoczce z piękną fakturą na brzegu. Zostaję sam, aby się tym wszystkim nacieszyć. Gdy wychodzę na brzeg, widzę wszystkich fotografujących ptaki. Coś mnie tknęło i ustawiłem sprzęt na high speed i szybkie ISO. I bach! Nagle wszystkie ptaki podrywają się do lotu. A ja tylko naciskam spust. I tak dwa razy. Wyszło dobrze.

 

Przypływa po nas Hank, ląduje oczywiście w ostatniej obsadzie. Pogoda nam nadal sprzyja. Wierzchołki są wolne od chmur i mgły. Nadal wszystko w czarno – białej atmosferze. Postanawiamy popłynąć do Whalers Bay zobaczyć pozostałości po bazie wielorybników. Po drodze zahaczamy o lodowiec. Ale od innych różni się tym, że jest poprzetykany dużą ilością popiołów. Czyli ma niebiesko, biało – czarną barwę. Wzory, które można tam wyczytać są niesamowite. A na końcu pojawia się jeszcze czerwona skała, która pasuje tutaj całkiem dobrze. Płyniemy dalej. Hank przepływa całkiem blisko tego lodowca.

 

Docieramy do Whalers Bay po jakichś dwudziestu minutach. Kierujemy się do końca zatoki na bardziej spokojne wody. Wiemy z radia, że niedługo po nas nadpłynie duży statek francuski – dwustu pasażerów. Będzie ciekawie to wszystko zobaczyć na własne oczy. Lądujemy zodiakiem w dwóch turach i rozpraszamy się po znacznym obszarze. Jako że do bazy wielorybników mamy daleko, to widzimy jak ląduje stu pasażerów statku. Jeden po drugim duże zodiaki przywożą ich na brzeg. W pierwszych byli przewodnicy, którzy porozstawiali wszędzie pomarańczowe chorągiewki. Turyści nie mogą ich przekraczać.

Na tej plaży woda jest cieplejsza, ze względu na działalność wulkanu. Dzięki temu wszędzie widać dym, w który łapie turystów ze statku. Fajnie to wygląda. Samo miejsce robi przygnębiające wrażenie. Stare, opuszczone beczułki, które się walą. Wielkie cysterny – kadzie do przechowywania tłuszczu i tranu. Wszystko zardzewiałe i zniszczone przez wybuch wulkanu i środowisko. Mimo tego, prawie dwie trzecie turystów odwiedzających Antarktydę, tutaj właśnie ląduje.

Wielorybnicy założyli tutaj bazę na początku XIX wieku. W wyniku masowych rzezi foku na Południowych Szetlandach praktycznie wybito po kilkunastu latach. Wielorybnicy wrócili zapolować na wieloryby na początku XX wieku. Wiązało się to z założeniem i rozwojem bazy na Południowej Georgii. Brytyjski rząd włączył administracyjnie Deception Island do Falklandów. Założył pocztę, wybudował mały budynek administracyjny, wysłał celników i w ten sposób utrwalał przynależność wyspy od Korony. Oczywiście obecność ludzi była możliwa tylko podczas krótkiego antarktydzkiego lata. W bazie znajduje się również największy cmentarz ludzi, którzy stracili życie na Antarktydzie – 35 osób. Baza była również miejscem postoju dla szeregu ekspedycji, których celem była penetracja dalszych rubieży białego kontynentu. W latach dwudziestych wybudowano tu również pas startowy, z którego wykonano pierwsze udane loty nad Antarktydą. Poławianie wielorybów z wykorzystaniem bazy na wyspie zakończyło się w 1931 roku w wyniku problemów na rynku tranu i oleju.

Po raz kolejny wyspą zainteresowano się podczas II wojny światowej, kiedy brytyjski okręt wojenny zniszczył część pozostałości bazy, tak aby nie mogły one zostać wykorzystane przez niemieckie okręty. Założono również stałą bazę naukowa. Brytyjska obecność na wyspie trwała do 1969 roku, kiedy to powtarzające się wybuchy wulkanu zmusił wszystkich do ewakuacji.

 

Spędzamy w tym miejscu dwie trzecie godziny i idziemy do Okna Neptuna. Stąd rozpościera się widok na morze, czy wręcz Ocean Antarktyczny. Na dole są niesamowite klify i mała, czarna plaża o którą rozbijają się fale. Stoi tutaj dwóch pracowników ze statku i zwracają wszystkim uwagę na możliwość spadnięcia z klifu. Wszystko zresztą jest oznaczone pomarańczowymi chorągiewkami. My oczywiście nie jesteśmy niczym związani i możemy chodzić gdzie chcemy. Robię kilka zdjęć i wracamy na jacht.

Okno Naptuna

Może zaczyna robić się coraz bardziej wzburzone i Hank chce abyśmy wracali, bo później nie będzie mógł wykorzystać swojego zodiaca, aby nas przewieźć na jacht i będzie musiał prosić statek o pomoc, czego robić oczywiście nie chce. Wracamy do Telefon Bay, morze jest nadal spokojne. Jemy nieco wcześniejszą kolację. W międzyczasie do naszej zatoki wpływa drugi jacht, który widzieliśmy koło stacji hiszpańskiej. Do kaldery wpłynął również statek zaopatrzeniowy – brazylijski. Jego helikopter latał wieczorem nad kalderą.

Po kolacji płyniemy na ląd na zachód słońca. Po wylądowaniu robimy obowiązkową sesję z fokami. Dwie leżą tutaj od wczoraj, a dziś dodatkowo dopłynęła trzecia. Podchodzę naprawdę blisko. Wcale się nie niepokoi, tylko o czymś tam sobie mruczy. Jest to bardzo miłe i urzekające. Po fokach wspinam się na znane mi z rana wzgórze. Właśnie tutaj zamierzam spędzić zachód słońca, licząc na podświetlone góry i dwa jachty w dole w zatoce. Dociera też Laurent i Magne, ale po pewnym czasie schodzą na dół. Kiedy to robią, wszystko wokół zapala się wieczornym światłem i odległe góry wyglądają wspaniale. Oczywiście robię zdjęcia, a wcześniej ustawiam Gopro. Wspaniale siedzi mi się samemu na tym szczycie, przez nikogo niepokojony. Siedzę sobie i podziwiam. Dookoła mnie jest cisza i spokój. Nie przerywana żadnymi dźwiękami. W dole widzę Laurenta i dziewczyny, a później też Magne., ale wyglądają z góry jak małe robaczki.

Kaldera przytłacza swoją wielkością. Zrywa się wiatr. Dla innych kadrów przechodzę na chwilę na samą górę, po pewnym czasie wracam. Już wiem, że zachodu super nie będzie. Nie ten układ chmur. Czekam jednak do ostatnich chwil i dopiero jak wiem, że nic z tego nie będzie, schodzę powoli na dół. Jeszcze się zaświeciło na przeciwległym krańcu.

 

Zachód słońca nad Telefon Bay

 

Na dole został tylko Laurent. Reszta wróciła już na jacht. Przypływa po nas Hank. Jeszcze ostatnie zdjęcia fok w krajobrazie. Laurent opowiada o krylach znalezionych na plaży. Wracamy w ciszy i spokoju na jacht. To był bardzo długi dzień. A trzeba jeszcze rano wstać. Zachody są tutaj po 23.00 a wschody trochę po 2.00 w nocy. Nie ma zatem wcale zbyt dużo czasu na sen.

Znajdź drogę

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *